WAMA-SPORT Historia – Arkadiusz Klimek (1998) – Polowanie na szczupaka

Fot. nasze miasto wroclaw (ilustracja)

W Lubinie najbardziej brakuje mi mazurskich jezior. Usiąść nad wodą, zarzucić wędkę i zapomnieć na chwile o wszystkim wzdycha Arkadiusz Klimek, który przed miesiącem przeniósł się ze Stomilu Olsztyn do Zagłębia. Zagrał tylko w dwóch pierwszych meczach, a potem pauzował za żółte kartki. A w Lubinie wiążą z nim ogromne nadzieje. Ma 23 lata, znakomite warunki fizyczne u instynkt typowego napastnika.

Do tej pory na boiskach ekstraklasy zdobył 10 bramek, a przy wielu asystował. Zagłębie Lubin wyłożyło na jego transfer ponoć prawie milion złotych.

W Zagłębiu jest tak, jak pan sobie wyobrażał?

Nie do końca. Nie spodziewałem się, że tak szybko „zarobię” dwie żółte kartki. Miałem ich już siedem i musiałem pauzować przez kolejne dwa spotkania, w tym także z atrakcyjnym meczu z Widzewem. Byłem gotowy na taki scenariusz, ale nie przypuszczałem, ze nastąpi to tak szybko. W pierwszych dniach pobytu w nowym klubie lepiej grać, bo potem zawodnik naraża się na niepotrzebna krytykę: przyjechał żeby oglądać mecze z trybun. Ale z drugiej strony jestem naprawdę bardzo szczęśliwy. Koledzy zagrali z widzewiakami po mistrzowsku.

W wielu poprzednich wypowiedziach podkreśla pan duże przywiązanie do Olsztyna, do Iławy, do pana rodzinnych stron. Wydawało się, że jeśli zmieni pan klub, to na jakiś bardzo mocny, atrakcyjny pod względem sportowym. Nie rozumiem w takim razie dlaczego zdecydował się pan na przejście do Zagłębia Lubin.

Odszedłem tylko dlatego, że nie odszedł Rafał Kaczmarczyk. Stomil musiał sprzedać jednego z nas, żeby poprawić swoja sytuacje finansową. Negocjacje w sprawie transferu Kaczmarczyka trwały prawie przez całą zimę. Kiedy okazało się, że zostanie w Olsztynie, zaczęto szukać klubu dla mnie. W czerwcu i tak mi się kończył kontrakt, a więc dla działaczy korzystniej było sprzedać mnie teraz, inkasując pokaźna sumkę. Wiadomo, że w zespole lepiej mieć dziesięciu zadowolonych niż piętnastu narzekających.

Ile miał pan do powiedzenia przy tym transferze?

Bardzo dużo. Musiałem się po prostu zgodzić. Nic nie odbyło się bez mojego udziału. Gdybym się sprzeciwił to w tej chwili nadal bym grał w Stomilu. Przedstawiłem swoje warunki i już nie interesowałem się sprawą. Oba kluby szybko doszły do porozumienia.

W styczniowym wywiadzie dla „Piłki Nożnej” wręcz kategorycznie stwierdził pan, że na rundę wiosenną zostaje pan w Stomilu. Sam transfer sfinalizowano za pięć dwunasta. Skąd ta nagła zmiana planów?

Nie przypuszczałem, że po przeciętnej rundzie jesiennej ktoś złoży mi konkretną ofertę. Myślałem, że koniecznie wiosną muszą zaprezentować swe walory, by odezwali się ewentualni nabywcy. Stomil jechał na zgrupowanie do Hiszpanii, a w mojej sprawie nic się nie ruszyło, dlatego myślałem, że temat przeprowadzki trzeba odłożyć do czerwca. Po powrocie do Polski dowiedziałem się, że mam jechać do Lubina.

A więc niejako potwierdza pan, że Zagłębie nie jest klubem pana marzeń.

Rzeczywiście liczyłem na zespół z pierwszej połówki tabeli. Interesowała się mną Amica Wronki, ale wiem to nieoficjalnie, bo nikt ze mną na ten temat nie rozmawiał. Czy Zagłębie Lubin jest silniejsze od Stomilu? Przekonamy się już niebawem, kiedy przyjedziemy na mecz ligowy do Olsztyna. Mój nowy klub spisuje się do tej pory znakomicie. Mogę powiedzieć, że miałem nosa.

Przychodził pan jednak do drużyny, która broni się przed spadkiem. Wiadomo z czym to się wiąże...

Dokładnie przeanalizowałem wszystkie argumenty. Nie ukrywam, że istotna była strona finansowa kontraktu, lepsza od tego co miałem w Olsztynie. Przed runda wiosenną Zagłębie było na trzecim miejscu od końca, ale z niewielką stratą do rywali. Miałem ten komfort, że już wiedziałem kto zasili zespół. Oczywiście jest tak, że w razie niepowodzenia wina w pierwszej kolejności obarcza się „nowych”, ale w tym konkretnym przypadku rozkłada się ona na kilka osób. Prócz mnie do klubu trafili: Wódkiewicz, Nuckowski, Shakpoke, Żuraw. A przede wszystkim trener Andrzej Szarmach.

Pomyślał pn, że Szarmach nie pakowałby się w niepewny interes?

Jego obecność była dla mnie magnesem. Kiedyś występował on na mojej pozycji. Był jednym z największych fachowców na całym świecie. Ja mimo dobrych warunków fizycznych nie jestem specjalistą od gry głową. To jest wręcz mój mankament. Wciąż mam nadzieje, że Szarmach choć w części będzie mógł mi przekazać swoje umiejętności zachowania się na polu karnym rywali.

Czy właśnie on był orędownikiem pańskiego transferu?

Nie sądzę. Pierwszy odezwał się trener Janusz Kubot. Już przed rokiem podczas obozu w czeskim Nymburku przeprowadziliśmy pierwsza niezobowiązującą rozmowę. Wtedy jednak przytrafiła mi się kontuzja i temat przestał być aktualny. Ale Kubot o mnie nie zapomniał. Lubinianie cenili mnie chyba dlatego, że zawsze przeciwko Zagłębiu rozgrywałem dobre mecze. Jesienią strzeliłem bramkę na ich stadionie już w pierwszej minucie spotkania.

W Olsztynie był pan gwiazdą, choć początki wcale nie były łatwe.

Miałem ciężki okres, ale na szczęście trenerzy we mnie wierzyli i czekali aż się przełamię. Bardzo trudno było mi w inauguracyjnej rundzie w pierwszej lidze. Przeszedłem do Stomilu z trzecioligowego Jezioraka Iława. Miałem dwadzieścia lat. Debiutowałem w meczu przeciwko ŁKS-owi i był to bardzo udany występ. Później miałem mniej szczęścia. Grałem jeszcze w kilku następnych spotkaniach, ale już zdecydowanie słabiej. W ogóle nie strzelałem bramek i w końcu straciłem miejsce w składzie. To była prawdziwa niemoc, bo fizycznie czułem się dobrze. Bardzo się starałem, ale nic mi nie wychodziło. Gdy się nie uda raz, drugi i trzeci, to trudno wyjść z dołka zwłaszcza młodemu niedoświadczonemu piłkarzowi. Do tego doszła presja kibiców. Oni nie mieli do mnie zaufania. Trochę się w Olsztynie nasłuchałem ich narzekań.

Kibice Zagłębia tez nie rozpieszczają swych zawodników.

Dwa ostatnie mecze oglądałem z trybun, dlatego zdążyłem się o tym przekonać. Tutejsi szalikowcy nie są wyrozumiali. Jakże inni na przykład od fanów KSZO Ostrowiec. Tamci cierpliwie dopingują swój zespół, a piłkarz nie musi obawiać się wyrzucania piłki z autu. W Lubinie szalikowcy oczekują od swojej drużyny skutecznej gry i natychmiast manifestują swoje niezadowolenie, gdy jest inaczej. Pod tym względem są podobni są do olsztyńskich.

Niezadowolenie kibica da się w pewnym sensie uzasadnić. Rzeczywiście może irytować sytuacja, gdy regularnie sprzedaje się najlepszych piłkarzy, co powoduje, ze zespół gra coraz słabiej. Moim zdaniem taki jest właśnie Stomil.

W Olsztynie ludzie chcą oglądać futbol, ale – co dziwne – nie ma odpowiedniego zainteresowania sponsorów, wpływowych osób. Mówię, że jest to dziwne, bo w tym regionie Polski nie ma wielkiego sportu, dlatego warto by było postawić na wielką piłkę w Stomilu. Może brak tradycji hamuje rozwój futbolu? Tam nikomu nie jest po drodze, nawet krajowe media zawsze traktowały nas po macoszemu. Odeszli: Sokołowski, Czereszewski, ja, w czerwcu odejdzie Kaczmarczyk i prawdopodobnie wypożyczony tylko Płuciennik. Z pieniędzy za te transfery klub ma możliwość dalszego funkcjonowania, ale podobna polityka może sprawić, że klub spadnie do II ligi.

Wnioskuje, że niezbyt korzystnie odbijało się to na atmosferze w drużynie.

Nie było żadnych zgrzytów. Graliśmy w jednym zespole ze świadomością, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. A jak układały się nasze stosunki z działaczami? Cóż, wiadomo jak to z nimi jest. Czasami było lepiej, a czasami gorzej, ale zawsze potrafiliśmy się dogadać.

Widzę, że z trudnym do ukrycia sentymentem wypowiada się pan o poprzednim klubie.

Kocham mazurskie jeziora i nie wyobrażam sobie bym w przyszłości mógł zamieszkać gdzieś indziej. Gdy byłem piłkarzem Stomilu zawsze znajdowałem czas, żeby sobie powędkować, odpocząć nad wodą. Mieszkając w Lubinie jest to praktycznie niemożliwe. Na razie tak tego nie odczuwam, ale gdy zrobi się cieplej, zazielenią się drzewa, to na pewno zatęsknię...

Wędkarz lubią opowiadać o swoich wyczynach.

Ja to zajęcie traktuje wybitnie rekreacyjnie, dlatego nie mam czym się chwalić. Zapalonym wędkarzem jest natomiast Sylwek Czereszewski. Dawniej często razem jeździliśmy sobie połowić.

Czyli żadnego nawet lichego szczupaka?

A owszem, kiedyś byłem bliski złapania szczupaka, ale mi się wyrwał. Odpłynął z nim cały sprzęt.

Teraz rozumiem. Takie atrakcje można mieć tylko na Mazurach. W Lubinie jest też pana narzeczona. Słyszałem, że niedawno uczestniczyła w wypadku samochodowym.

Jechała moją Mazdą i uderzyła w drzewo. Na szczęście nic się jej nie stało, bo zadziałały poduszki powietrzne. Gorzej z samochodem, ale był ubezpieczony. To przykre wspomnienie i mam nadzieję, że szybko o nim zapomnimy. Ja teraz się muszę skoncentrować na futbolu.

Przed Zagłębiem teraz kolejne ciężkie mecze. Gracie na wyjeździe z Górnikiem Zabrze, a potem podejmujecie Wisłę Kraków. Pan znowu zagra w ataku z Jasińskim. Nie zazdrości mu Pan dotychczasowej skuteczności?

Pewnie, że też bym chciał nastrzelać tyle bramek. O zazdrości nie mogę jednak nawet myśleć. Gramy dla jednego zespołu i liczy się tylko końcowy wynik. Myślę, że możemy być jedna z najgroźniejszych par napastników w Polsce.

Z Zagłębiem związał się Pan dwuletnim kontraktem. Co wydarzy się potem?

Raczej nie będzie mnie interesowało przedłużenie umowy. Być może trafię do lepszego polskiego zespołu, być może wyjadę na Zachód, choć nie mam wygórowanych ambicji. Nie będę opowiadał jak niektórzy fantaści, że planuje występy w Barcelonie czy Realu Madryt. Zadowoli mnie gra nawet w dobrej drużynie 2 Bundesligi. Ostatecznie jednak na pewno wrócę na Mazury. Tam jest moje miejsce.

Rozmawiał Antoni Bugajski

Tekst ukazał się w „Tempie” 2 kwietnia 1998 i pochodzi ze zbiorów archiwalnych red, Janusza Poryckiego

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS

The Best United Kingdom Bookmaker Ladbrokes Promo Code website review

Podejmij współpracę z portalem wama-sport, wspieraj nasze idee i buduj sportową przyszłość Warmii i Mazur!

Wspierają nas

Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego

Warmińsko-Mazurskie Zrzeszenie Ludowych Zespołów Sportowych

Ośrodek Sportu i Rekreacji Olsztyn